poniedziałek, 20 lutego 2017

Rozdział 36 - "Problem"

3 komentarze:
- Nie obchodzi mnie, co mag Fairy Tail chce powiedzieć Radzie lub nie - w słowach strażnika, stojącego przy drzwiach do Sali Głównej z każdym powtórzeniem było coraz więcej gniewu.- Otrzymaliśmy rozkaz nie wpuszczania nikogo i nikogo nie wpuścimy.
Stojący tuż obok niego drugi strażnik nie wyglądał na tak pewnego jak towarzysz. Jak dla niego dopóki Laxus Dreyar, syn Makarova Dreyara wykazuje chęć pokojowego rozmówienia się z dziesięciorgiem najważniejszych starców w całym Fiore, należy z tej okazji korzystać i to natychmiast. Przynajmniej dopóki jest nadzieja, iż nie pośle przy tej okazji całej Ery do wszystkich diabłów. Słyszał co nieco o tym młodzieńcu. Bynajmniej nie były to miejskie legendy ani bajki opowiadane dzieciom na dobranoc. Już raczej historie, którymi straszono go w dzieciństwie, gdy nie chciał jeść owsianki. "Jak nie będziesz grzeczny, wielki potwór z lwią paszczą po ciebie przyjdzie", tak mu mówiono. Teraz, może i "Jak nie będziesz grzeczny, Laxus Dreyar trzaśnie w ciebie piorunem" odniosłoby zamierzony efekt.
- Nie przyszedłem tu rozmawiać o twoich rozkazach - uświadomił mu mężczyzna znużonym głosem. - Jeśli mówię, że zamierzam tam wejść, to tam wejdę. Czy będę musiał przy okazji przemeblować ci paszczę czy nie.
Strażnik zmarszczył brwi i ścisnął mocniej broń w rękach.
- W takim wypadku, będziemy musieli... - zaczął, jednak rozdzierający jęk zawiasów otwieranych drzwi przerwał w samym środku groźbę, jaką zamierzał wygłosić. We wrotach ukazała się niewielka szczelina, w której pojawił się Przewodniczący Rady Magii. Człowiek o zmęczonych oczach, pomarszczonej skórze i białej brodzie, zsiwiałej prawdopodobnie od nadmiaru problemów.
Swoim pojawieniem się dosłownie wmurował w ziemię i strażników, i samego Laxusa. Mógł on spodziewać się wszystkiego, łącznie z trzęsieniem ziemi i samą Wyrocznią wyłaniającą się spod podłogi. Wszystkiego - oprócz jednego z napęczniałych z pychy starców schodzącego ze swojego piedestału i zaszczycającego go swoją obecnością poza wielką Salą Obrad.
- Wpuść go, Le'Ville - odpowiedział głosem tak samo zmęczonym, jak on sam. - Wpuść go, zobaczymy co nam powie.
Człowiek nazwany Le'Ville najpierw zachłysnął się z wrażenia, zupełnie zdumiony, iż ktoś tak wysoko postawiony zna jego nazwisko, a następnie spojrzał na Laxusa. Wyglądał wyjątkowo niepewnie, jakby nie do końca wiedział jakie czynności powinien wykonać w związku z wpuszczaniem maga do Sali, skoro drzwi i tak już były otwarte. Problem ten postanowił rozwiązać drobnym machnięciem halabardą w stronę wrót, co odniosło pożądany efekt - Przewodniczący zniknął, Dreyar poszedł za nim, a drzwi można było wreszcie zatrzasnąć, w oczekiwaniu na kolejnego wariata, który zechce oskarżyć Radę o niewybaczalne niedbalstwo, a tych było ostatnio wyjątkowo sporo. Zaskakujące, jak bardzo ci sami obywatele Ery, którzy przed Rewolucją chcieli mieć z magią i Radą Magii jak najmniej wspólnego, poczuwali się w obowiązku do wytknięcia Radzie chybionych działań. Lub ich braku, jak to dotychczas bywało. Od kilku miesięcy służba Le'Ville'a sprowadzała się do odwodzenia kolejnych kobiet i mężczyzn od pomysłu włamania się do Sali Obrad. Musiał przyznać, że całkiem nieźle mu to szło. Pewnie nawet lepiej, niż sekretarce poborcy podatkowego.
Tymczasem człowiek, który prawdopodobnie byłby w stanie pokonać nawet sekretarkę poborcy, znajdował się już w środku pogrążonej w półmroku sali. Układane w myślach zdania, łącznie z obowiązkową wstępną pyskówką zniknęły gdzieś w niebycie, by po sekundzie ewoluować w niewyobrażalnie wielki znak zapytania, w który zamienił się cały rozum jaki Laxus posiadał lub o którego posiadanie się posądzał.
Wiele się zmieniło.
W gruncie rzeczy, zmieniło się wręcz skandalicznie dużo. Ogromne posągi, na których dłoniach dotychczas stali Magowie niknęły w ciemnościach, niepodziwiane przez nikogo. Na środku Sali stało natomiast dziesięć zwykłych foteli, na których spoczywali ci, którym Laxus przyszedł zrobić awanturę. Żaden z nich nie przypominał dumnego, egocentrycznego starca, którego mag przewidywał spotkać w liczbie dziesięć. Przypominali raczej dziesięciu zmęczonych życiem ludzi, którym odebrano wszelkie karty, łącznie z wytrząśnięciem wszystkich asów z rękawów, nogawek i schowków na cygara.
Przewodniczący Rady skinął na niego, by się zbliżył, po czym wskazał podobny do reszty wolny fotel, stojący na wprost od wejścia. Laxus spojrzał na niego, jakby właśnie zaproponował mu objęcie swojego stanowiska. Chcieli, żeby usiadł z nimi.
"To chyba jakieś żarty" pomyślał mężczyzna, robiąc parę kroków do przodu. Dziesięć par oczu patrzyło na niego, z nikłym zainteresowaniem, ale raczej bez jawnej wrogości, której oczekiwał.
Laxus absolutnie nie wiedział jak z nimi rozmawiać. Z tą marną imitacją Związku Megalomanów, który spodziewał się zastać i do którego spotkania się mentalnie przygotował.
- Nie sądzę, żebym powiedział coś odkrywczego. Oczywiście o ile potraficie w miarę logicznie myśleć - zaczął, odchrząknąwszy dla dodania animuszu. - Staruszek mnie tu przysłał, żeby powiedzieć wam jedną rzecz... I w sumie o jedną zapytać. Znając życie i jedno i drugie będzie cholernie nieprzyjemne...
- Do rzeczy, Dreyar - odezwał się jeden z magów, z pewną irytacją, ale bez gniewu. - Wprawdzie nie mamy za wiele do roboty, ale nie oznacza to, że mamy ochotę słuchać jak bełkoczesz bez żadnego konkretnego celu.
- Bez kitu - fuknął Laxus. - Wydawało mi się, że od kiedy zostaliście przerzuceni na sam koniec łańcucha pokarmowego nie ma dla was znaczenia czy mówi ktoś z plebsu, czy świergoli ktoś z rządu.
- Jeśli masz zamiar nas obrażać, odejdź - nakazał Przewodniczący, podnosząc na niego oczy. - Jeśli masz nam coś do powiedzenia mów, ale bez niepotrzebnych dodatków.
- Jasne, już lecę - syknął Dreyar, pakując ręce do kieszeni. Niepotrzebnie się z nimi cackał, wewnątrz byli tacy jak zwykle. - W najbliższym czasie odbędzie się zebranie wszystkich Mistrzów Gildii. Mają zamiar podjąć decyzję co do dalszej walki z Cieniem Ducha.
Paru magów poruszyło się na siedzeniach foteli. Na twarzach niektórych pojawiło się zdziwienie połączone z niezadowoleniem, a nawet - z oburzeniem. Mag siedzący na prawo od Przewodniczącego wyprostował się gwałtownie, wciągając powietrze w nozdrza, ale nic nie powiedział.
- Rozumiem - odpowiedział Przewodniczący. - Makarov wspominał coś jeszcze?
- To prowadzi do drugiej, jeszcze mniej przyjemnej rzeczy - podjął Laxus, wreszcie decydując się usiąść na postawionym fotelu. Teraz znajdował się niemal w samym środku okręgu. - Staruszek życzy sobie, by Rada wydała rozporządzenie pozwalające na podjęcie działania przez zgromadzenie gildii w imieniu Królestwa Fiore - specjalnie zaakcentował słowa nazwy - bez potrzeby kontaktowania się z Radą. No i zwolnienie z wszelkich kar z tym związanych, to się rozumie przez samo się - odetchnął, niemalże wyrecytowawszy z pamięci kilka linijek wbitych mu do łba przez poczciwego staruszka.
- Bzdura - rzucił mag siedzący najbliżej, zakładając nogę na nogę. - Od kiedy stary Makarov ma w sobie tyle bezczelności, by odbierać Radzie wszystkie prawa i sens istnienia?
- Od kiedy Rada nie ma żadnych... hm, sposobów walki, którymi mogłaby się pochwalić, jesteście trochę bardziej jak bezużyteczni - uświadomił go Laxus, starając się powstrzymać pełny szyderstwa uśmiech. W efekcie rozciągnął twarz w dziwnym grymasie, ni to radości, ni to kpiny. - Nie mówiąc już o tym, że nie potrafiliście nawet wykorzystać tego, co macie.
- A cóż takiego mamy, szanownie panie Dreyar, mógłby nas szanowny pan oświecić? - zdenerwował się jeden z Radców - Cóż takiego przeoczyliśmy w naszej niezmiernej głupocie, niczym nie umywającej się do pańskiej niezwykłej mądrości?
- Dreyarowie tak mają - skomentował inny. - Makarov jest dokładnie taki sam.
- Upierdliwa rodzina.
Laxus nie był się w stanie dłużej oszukiwać. Powoli, aczkolwiek nieuchronnie trafiał go wielki, jasny, nieposkromiony szlag, którego wybuch mógł prowadzić tylko do jednego, a mianowicie spopielenia wąsów czcigodnych starców w trybie natychmiastowym. Nie należał do ludzi gotowych znieść wszelkie upokorzenia jedynie w celu pomyślnego zakończenia sprawy. Należał do tych, którzy za pomyślne zakończenie sprawy uznają scenariusz, w którym padło nie więcej niż trzy ciosy w mordę.
- Cóż takiego? - warknął, wstając i podchodząc do Radcy. Pominąwszy gniewną postawę, wokół niego dało się już zobaczyć drobne wyładowania, jak zawsze gdy się złościł. - Macie cholerny pierdylion porządnie wkurwionych magów w gildiach, którymi do ciężkiej cholery zarządzacie. Jedna chwila i ta cała podjarana chałastra z dzikim rykiem rzuci się na ten cały Kamieniołom, by rozgromić go w proch i pył. Jak długo jeszcze każecie nam czekać, zanim zdecydujecie, która z waszych wyperfumowanych czapek będzie pasować do munduru wojennego? - wysyczał, zaciskając zęby i pochylając się nad staruchem. Ten odgiął się nieznacznie do tyłu.
Przewodniczący odchrząknął, jakby próbując przywołać go do porządku. Bez wyraźnego skutku.
- A więc dlatego zwołane zostało to zebranie? Mistrzowie Gildii, zirytowani nieudolnością Rady, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce? - zapytał, marszcząc brwi i wbijając w Laxusa nieustępliwe spojrzenie. - Pozwól mi więc powiedzieć, jak to się skończy. Ta cała podjarana chałastra, jak ją nazywasz, zginie, pokonana na cudzym terenie, bez wyraźnego przywództwa i przewagi liczebnej. Uważasz, że wszyscy jak jeden mąż pójdą się bić w słusznej sprawie? Niektórym gildiom odpowiada obecny stan rzeczy. Czy nasz mędrzec Makarov, wziął to pod uwagę? - Dreyar wyprostował się, wpatrując się w niego, coraz bardziej zdenerwowany. - Prędkie działania, bez wyraźnego planu nigdy nie przyniosą natychmiastowego zwycięstwa. Wy sami możecie sprowadzić na siebie spektakularną porażkę tylko dlatego, że wydaje wam się, iż jesteście mądrzejsi od całej reszty. Elitarne Fairy Tail, któremu zawsze wydawało się, że wolno mu wszystko, i tym razem uratuje sytuację? Powiem ci - Przewodniczący pochylił się do przodu - nie uratuje. Sami nie jesteście sami nic zrobić.
Laxus skrzyżował ręce na piersi. To był jedyny niezawodny sposób jaki znał, aby powstrzymać się od bicia kogokolwiek, a ten staruszek najwyraźniej bardzo starał się go sprowokować. Niechętnie to przyznawał, ale miał gość gadane.
- To może w takim razie ruszysz swoje przemądrzałe dupsko i powiesz to wszystko przez zgromadzeniem Mistrzów? - zaproponował, patrząc wściekle. - Może wreszcie zdecydujesz się, dziadzie, wyjść z tej ostoi spokoju, bezpiecznej Ery i przenieść się tam, gdzie się coś dzieje? Myślicie, że jak któraś z gildii postanowi się bić, to wam o tym powie? - zapytał, zaciskając pięści. - Gówno prawda. O wszystkim dowiecie się dopiero wtedy, kiedy wasze własne wojsko Rycerzy Run przyjdzie nas wszystkich wykastrować za otwarty atak. Więc ruszcie dupy i jazda tam, gdzie może jeszcze coś znaczycie.
Po tych słowach, w Sali Obrad zapadła cisza. Wszyscy magowie, którzy powstrzymali się od udziału w tej, jakże gwałtownej "dyskusji", siedzieli sztywno na fotelach, z zapartym tchem oczekując na ciąg dalszy. Ci, którzy w niej uczestniczyli, wpatrywali się z gorejącą nienawiścią w przeciwników. Oznaczało to mniej więcej tyle, że Radcy patrzyli wściekle na Laxusa, a Laxus patrzył wściekle na całą resztę. Przewodniczący usilnie starał się zachować spokój lub przynajmniej jego pozory, co nie wychodziło mu najlepiej.
- Powinniśmy się... - zaczął, pocierając skronie, jednak urwał, widząc powątpiewający wzrok swoich współpracowników. Nikt nie miał ochoty naradzać się w obecności jednego z bardziej niebezpiecznych magów Fairy Tail. Co do tego, iż niemożliwym będzie wygonienie go za drzwi, wszyscy wiedzieli aż za dobrze.
Widząc, iż ze wszystkim musi sobie poradzić sam, Przewodniczący westchnął ciężko, namyślając się przez moment, po czym wyprostował się.
- A więc - podjął na nowo - pozwólcie mi zaproponować pewne rozwiązanie - powiedział, bardzo starając się nie patrzeć na Dreyara. - Przedstawiciele dotychczasowej Rady Magii, wraz ze mną, pozwolą sobie uczestniczyć w planowanym spotkaniu w celu skonfrontowania planów Mistrzów gildyjnych z wyobrażeniami innych organów decyzyjnych. Pozwolenie, o które proszą, zostanie wydane jedynie czasowo i tylko dla określonych frakcji, by nie mogły z niego korzystać wszystkie, także pomniejsze gildie. W przypadku nieścisłości, spróbujemy rozwiązać problemy na miejscu. Czy to uzyska waszą aprobatę? - Przewodniczący powiódł wzrokiem po magach, szukając jakichkolwiek większych oznak sprzeciwu. - Dreyar? - zapytał, spoglądając na Laxusa. - Możemy liczyć na to, że rozstaniemy się bez zbędnych krzyków i niepotrzebnej przemocy?
Mężczyzna prychnął.
- Ciężko oczekiwać po was czegoś więcej.
*
Spoglądając przez pryzmat wcale nie tak dawnych wydarzeń, mogłoby się wydawać, że oto po raz kolejny dokonywała się Rewolucja. Setki person w szarych strojach przechodzących ulicami i uliczkami, paradujący otwarcie lub jedynie przemykających pod ścianami budynków, szpile dziesiątek nieprzyjaznych spojrzeń wbijanych tym, którzy zaburzyli spokój Królestwa. Ciężka atmosfera wrogości, niechęci, obawy. Wszystko było tak jak wtedy. Tym razem było ich jednak zdecydowanie więcej.
Ci wszyscy, którzy do tej pory mogli jeszcze prychać z oburzeniem, jakim cudem pomniejsza sekta poradziła sobie z obaleniem władzy w tak krótkim czasie, teraz mogli jedynie łapać się za głowy i otwierać szeroko oczy, obserwując szarą falę, która zalewała teraźniejszą Republikę mającą swoje źródło w samym Kamieniołomie. Wszyscy - młodzi, starsi, wyżej lub niżej postawieni, będący członkami od samych dni narodzin, lub ci, którzy wstąpili całkiem niedawno - ci wszyscy znajdowali się teraz na ulicach, niczym ryby wyrzucone na brzeg przez nieprzyjazne morze. Nie mieli swoich koron, które zwykli nosić podczas patroli, których klejnoty jarzyły się delikatnie fioletowym blaskiem. Były ich setki, a mimo to każdy zdawał się być sam.
Sami zwykli mieszkańcy nie mieli pojęcia co się dzieje i co to wszystko może oznaczać. Niektórzy spekulowali, iż oto nadchodzi upadek sekty, inni - iż to jedynie przejście do kolejnej fazy zniewolenia przejętego kraju, kolejni twierdzili, że to zwykły patrol na dużą skalę, którym nie należałoby się przejmować. I tak naprawdę żaden z nich nie miał racji.
Rozproszeni na wszystkie strony Cieniści dotarli do Krokusu, dotarli również do Magnolii, gdzie wywołali powszechne poruszenie, zwłaszcza pośród magów. Zajmująca się sprawunkami Lisanna ze zdumieniem obserwowała ubrane na szaro matki, ciągnące za ręce ubrane w ciemne pelerynki dzieci, bez widocznego celu. Włóczący się po mieście Max, starając się rozruszać ciało, nadal obolałe po niedawnym ataku, w jednej chwili zapomniał o wszystkim i nie bacząc na bóle mięśni, popędził w stronę budynku gildii, kilkakrotnie przepychając się między grupkami ubranych na szaro postaci.
- Nie jest dobrze! - wrzasnął, wpadając z impetem przez główne drzwi siedziby Fairy Tail. - Cieniści w całym mieście!
Jeśli wydawało mi się, iż tą informacją wywoła natychmiastowe poruszenie, to mocno się pomylił.
- A nawet w całym kraju - mruknął Wakaba, miętoląc papierosa w kąciku ust. - Masz wczorajsze informacje, Max. Kareta, Makao. Tym razem nie uda ci się tego przebić - dodał, z pełnym zadowolenia uśmiechem spoglądając w swoje karty.
- Idź w cholerę - warknął wściekle mag, jedną ręką podtrzymując zsuwającego się z jego kolana Romea. - Ile asów ukryłeś tym razem w rękawach, oszuście?
- Nie o tym mówię! - zdenerwował się Max, podnosząc głos. - Oni są wszędzie! Jest ich więcej niż wcześniej, a wszyscy bez tych swoich śmiesznych opasek. Zupełnie jakby...
- ...wszyscy wyszli z Kamieniołomu? - dokończył Mistrz, pojawiając się tuż obok niego. Miał ręce założone do tyłu i zmarszczone czoło. - Tak, coś takiego mogło się wydarzyć.
- Kolejna inwazja? - zapytał Gray, opierając się łokciami o blat baru. - Nie dość im jeszcze?
Na te słowa z miejsca podniosła się rudowłosa kobieta, jeszcze nie tak dawno wciśnięta ze strachu w kąt Cienista. Przebywając przez jakiś czas już w gildii, wyzbyła się swojego panicznego spojrzenia i histerycznego odruchu przyciskania do siebie Tima za każdym razem, gdy ktoś podniósł głos. Nadal odnosiła się do magów z rezerwą, aczkolwiek nie drżała przed nimi tak bardzo jak wcześniej.
- Kolejna? - odezwała się nieoczekiwanie, a wszystkie oczy skierowały się na nią. - Nic mi o tym nie wiadomo. Nigdy... Dawno nie zdarzyło się coś takiego. Żeby wszyscy zostali wygonieni z Kamieniołomu...
- Przecież już było coś takiego - odezwała się Bisca. - Jak mówiłaś, że Wyrocznia chciała mieć spokój...
Kobieta zamilkła na moment, jakby chciała sobie przypomnieć kiedy to mówiła coś podobnego. Za nic nie mogła odszukać w zakamarkach pamięci czegokolwiek podobnego. Tymczasem Alzack ukradkiem kopnął lekko swoją dziewczynę w kostkę, niezauważalnie kręcąc przy tym głową.
- M-mniejsza o to - podjęła na nowo Cienista. - Nic takiego nie powinno się zdarzyć. Przecież gdyby to... - urwała nagle, a jej źrenice powiększyły się nieznacznie. - Chwileczkę! Mówiłeś... Mówiłeś, że nie mają koron? - zapytała nagle, odwracając się gwałtownie w stronę Maxa. Siedzący na ławce Tim patrzył na nią okrągłymi ze zdumienia oczami.
- No... nie - odparł zdziwiony mag. Zdecydowanie nie był przyzwyczajony do tak porywczych reakcji ze strony Cienistej. - Wszyscy, których widziałem, ich nie mieli.
- Przecież...! - Kobieta była w szoku. Stała nieruchomo, jakby wiadomość ta odebrała jej jakąkolwiek zdolność do poruszania się. W gildii zaległa cisza, wszyscy czekali na to, co powie. - Przecież to niemożliwe! - powiedziała, opadając na ławę. - Przecież... Oni są bezbronni! - powtarzała wciąż to samo, przebierając w powietrzu rękami, jakby szukając jakiegokolwiek oparcia.
Nawet ci najmniej zainteresowani ściszyli nieco głosy lub zamilkli w ogóle. Panujący gwar zmniejszył się nienaturalnie.
- Bezbronni Cieniści wygonieni z Kamieniołomu? - twarz Wakaby wykrzywił dziwny grymas. - To brzmi jak smoczy jednorożec, którego nigdy nie dostałem na urodziny.
Wiadomość ta powoli trafiała do pozostałych magów.
- Odebrali im magię?
- Ha! Już nie będzie sztuczek?
- To na co jeszcze czekamy?
Podniecenie wzrastało. Potencjał bojowy zmuszonych do siedzenia na miejscu magów domagał się uwolnienia tu i teraz w postaci mniej lub bardziej etycznej walki. Duża część jednak pozostawała sceptyczna.
- Cisza! - Makarov podniósł głos. - Nie wyobrażajcie sobie za wiele - upomniał ich, intensywnie myśląc. Co mogło skłonić Cień Ducha do takiego posunięcia? "Bezbronni", mówiła ta kobieta, pozbawieni magii... Jaki był sens pozbawiać swoich członków magii, w tym momencie? Nie, to nie mógł być prezent, to bardziej - ...problem - powiedział na głos, pocierając brodę.

Nikt jednak nie zrozumiał do końca, co miał na myśli.